Miejski kołchozy

W PRL do polskiego kołchozu na wsi, znanego pod nazwą spółdzielni rolników moźna było przystąpić albo nie, jakkolwiek wybór drugiej opcji mógł mieć przykre konsekwencje. Mój znajomy, pan Miecio z małej wioski nad Bugiem spędził z tego powodu dwa lata w kopalni węgla. Tymczasem ustawodawcy III Rzeczpospolitej setkom tysięcy mieszkańców miast nie dali źadnej szansy . Ustawa z 1994 roku o własności lokali, nakazująca tworzenie Wspólnot Mieszkaniowych w domach nie będących własnością prywatną ,określiła bowiem zasady ich funkcjonowania bez moźliwości odmowy wstąpienia do takiej Wspólnoty ani wystąpienia z niej. Na papierze wszystko wygląda pięknie, własciciele mieszkań wybierają zarząd, a ten zarządza wg.ich woli, wyraźanej w uchwalach podejmowanych w głosowaniu większością udziałow.

Wiele takich kołchozów wiedzie względnie znośną egzystencję, są nawet takie które prosperują dzięki zgodnemu współdziałaniu ich członków, ale większość jest w trudnych warunkach fiansowych po otrzymaniu w spadku od poprźednich włascicieli (władze lokalne, upadłe przedsiębiorstwa państwowe itp) domów skrajnie zaniedbanych. Nie brakuje jednak i takich domów, w których władza została przy pomocy róznych manipulacji przechwycona przez podejrzanych osobników w ich własnym a nie wspólnym interesie.

Zmobilizownie niezbędnej większości dla przeciwstawienia się takim praktykom nie jest łatwe a nawet kiedy się powiedzie, hochsztaplerzy mogą bezkarnie przeciwstawiać się uchwałom podjetym przez większość .Robią to przy przy pomocy kruczków prawnych bądź tez bezczelnie je poprostu ignorują. Do skutecznych sposobów nalezy tez szantaź w celu wymuszenia głosowania po myśli grupy trzymającej władzę. Do starszej pani, emerytki, wysyła się rachunek opiewający na znaczną sumę wyimaginowanych zaległych nalezności poczym następuje wizyta zarządcy z ofertą anulowania rachunku pod warunkiem podpisania uchwały sankcjonującej działania zarządu, którym owa członkini Wspólnoty miała czelność się sprzeciwiać.
Ustawa nie przewiduje innych mozliwości rozwiązywania sporów w Wspolnotach niz na drodze sądowej bądź w postaci zaskarźania poszczególnych uchwał lub powołania zarządcy komisarycznego. Przy znanej niewydolności sądów i komplikacjach prawnych sprawy takie mogą jednak trwać latami. Tymczasem kołchoźnicy mimo woli III Rzeczpospolitej muszą znosić swój los bez szemrania gdyz zadnej władzy spory wewnątrz Wspólnoty nie interesują. Jednym sposoben wyzwolenia się z kołchozu jest sprzedaź swojego udziału. Niekiedy o to właśnie chodzi tym którzy w kołchozie trzymają władzę.
Alander

Więcej na: jak się żyło w PRL